Z Londynu więcej telefonów nie było, chyba się wystraszyli kwotą jaką zaśpiewałem.
Po miesiącu od tej drugiej rozmowy, kiedy już zapomniałem że taka oferta była dzwoni telefon.
- Witam Pana, miesiąc temu był Pan u nas na rozmowie, długo nie odzywaliśmy się bo nam sie przedłużył proces, ale dzwonię do Pana zapytać, czy jest pan zainteresowany jeszcze naszą ofertą?
-yyyyy, Witam, yyyyyy, tak, tak, jestem zainteresowany, myślałem, że zostałem pominięty w następnym etapie dlatego nie odzywaliście się Państwo...
- nie, nie absolutnie nie, zapraszamy na następny etap, testy i zadania do rozwiązania, to co? W poniedziałek rano 8, lub 9 może być?
-yyyy, tak, chyba może.... moment musze sprawdzić, ok, tak, może być.
- ok, to jesteśmy umówieni, zapraszam.
Takim to oto sposobem znalazłem sie dziś w owej firmie, jak się okazało na kolejnym praniu mózgu...
Przy stoliku czekał na mnie laptop z zestawem dziwnych, czasem nudnych, łatwych i trudnych pytań, tylko 320...
Dużo?? Też mi się tak wydawało. Miła Pani powiedziała, że mam na to około 2h. Ku mojemu zdziwieniu zajęło mi to tylko 1h i 15 min. Czułem się jak na jakimś przesłuchaniu, tyle że przed komputerem, zarazem jak testy Mensy i klasówka z matematyki i w jednym.
Po czymś takim powstaje generowany z programu Profil osobowościowy, który liczy 5 stron.
Niczego nowego o sobie się nie dowiedziałem, większość ku mojemu zdziwieniu się zgadza.
No proszę, nie myślałem, że z pytań w stylu: Co wolisz bardziej? Naprawiać samochód czy szkolić pracownika z nowych procedur? lub: Co preferujesz? Granie na skrzypcach lub innym instrumencie czy rozwiązywanie zadań matematycznych? da się wygenerować cos takiego…
Tak więc, mam znowu czekać na kolejny telefon i kolejną rozmowę…
ehhh, te korporacje….
...a ja nadal nie boje się zmiany pracy…
Po pierwsze, tak ,żyję, nie było mnie tu prawie rok i z pewnością już wszyscy zapomnieli, że istnieje ktoś taki jak pigularz.
Po drugie, przyznaję się, że nie chciało mi się pisać, może dlatego że z natury nie jestem zbyt wylewny, a może zbyt leniwy?
No dobra, ale czas przejść do tematu czyli zmiany…
Nie, nie, nie uczuciowe, bo tu wszystko w najlepszym porządku J, a że jak pewnie wiecie (przynajmniej Ci którzy zaglądają do mojego Du ) zostałem na ponad tydzień słomianym wdowcem, zmobilizowałem się żeby zajrzeć tutaj.
Ostatni tydzień miło połechtał mnie. Dlaczego? Dlatego, że w ciągu jednego tygodnia dostałem trzy oferty pracy. Nie żebym szukał, zgłosiło się do mnie trzech headhunterów prowadzących rekrutacje. Do jednej rekrutację prowadzi agencja z Londynu. I jak tu nie poczuć się miło? Że niby firmy się o mnie biją? Przecież nie wywiesiłem ogłoszenia: Jestem najlepszy! Chcę zmienić pracę! Jestem na sprzedaż! Aż trudno uwierzyć.
Co prawda atmosfera w pracy robi się coraz gęstsza i myślałem żeby zacząć się rozglądać za czymś nowym, ale nic w tym kierunku nie zrobiłem.
Ostatnia oferta, hmmm, nieeee, od razu odpada, do Norwegii nie pojadę pracować w aptece, nawet jako Manager/Kierownik Apteki bo chyba z nudów bym się własną pięścią zabił gdzieś pośród cudownych fiordów, albo wpadł w depresję podczas nocy polarnych. Świecenie żarówka po oczach w ramach terapii jakoś mnie nie pociąga. Chociaż pensja niczego sobie…. Trochę mimo wszystko kusi J
Pierwsza z drugą oferty niczego sobie, całkiem ciekawe, zakres obowiązków ten sam, robotę znam jak własną kieszeń. Firmy duże, prestiżowe, międzynarodowe korporacje, z tym, że jedna produkuje leki oryginalne, a druga to tylko generyki, za to produkuje ich najwięcej na świecie. Tak więc postanowiłem odpowiedzieć na oferty. Wysłałem CV. Odzew był natychmiastowy.
Już był telefon z Londynu, czekam na szczegóły, a jutro idę na rozmowę w sprawie drugiej.
Podobno zmiana pracy to największa trauma psychiczna dla człowieka.
Ja się jakoś nie boję.
skomentuj (9)
Pogłębiając swoją wiedzę na temat kuchni koreańskiej trafiłem na zupkę, która była naszym pierwszym spotkaniem z tą kuchnią. Dostaliśmy ją w samolocie do Seulu. Pierwsze wrażenie: ooo! pachnie niemal jak woda z Zatoki Puckiej!!! No cóż, widocznie koreańczycy to lubią, ale właściwie co to i z czego się to robi?
Zupka ta nazywa się Miyeok Guk, czyli po koreańsku 미역국 i jest niczym innym jak zupą z wodorostów. Wodorosty te w Korei nazywają się Miyeok, a w Japonii Wakame i pod taka nazwą można je kupić w Polsce.
Nie jest to taka zwykła zupa, ponieważ w Korei nazywana jest zupą urodzinową.
Oczywiście nie jedzą jej wyłącznie w dniu urodzin, bo nie o to chodzi.
Kiedyś gotowano ją młodym matkom ponieważ pomagała oczyścić żyły i pobudzała wydzielanie mleka, zawierała dużo jodu, zmniejszała opuchliznę i dostarczała wapń do budowy kości dla dziecka, które karmiła.
Proste i bardzo symboliczne.
Tak wygląda Miyeok Guk ugotowana przeze mnie:

Mówię Wam, pachnie pięknie i jeszcze lepiej smakuje. :)